Karlovský Gastrofestival 2017

Jesień to trudny okres dla górskich miejscowości. Letnicy już wyjechali, narciarze przyjadą dopiero za kilka tygodni. Jak ściągnąć turystów, zwłaszcza gdy aura nie zachęca do spacerów? Velké Karlovice znalazły na to sposób. Od kilku lat, na jesieni, organizują gastrofestiwal – imprezę, podczas której promowane są miejscowa kuchnia i miejscowe restauracje. Postanowiłem skorzystać z okazji i sprawdzić, co Resort Valachy ma do zaoferowania od strony kulinarnej.

Na początek muszę kilka słów poświęcić stronie organizacyjnej. Impreza została przygotowana w sposób perfekcyjny. Było czytelne oznakowanie – ważne, ponieważ stoiska imprezowe były rozsiane po całej miejscowości, nie zawsze przy głównej drodze. Nie sposób było zabłądzić czy coś pominąć. Były wyznaczone parkingi (dużo!), byli parkingowi sterujący ruchem. Dojazd i parkowanie obywały się bardzo sprawnie. Była komunikacja zbiorowa jeżdżąca po całej trasie imprezy (odcinek 3,5 km), więc jeśli ktoś nie mógł czy nie chciał dużo chodzić, to wcale nie musiał. Myślę, że to bardzo docenili rodzice z małymi dziećmi i osoby starsze. Były przygotowane katalogi i broszury informacyjne, a osoby w kasach chętnie udzielały dodatkowych informacji. Nie zapomniano też o postawieniu dużej ilości publicznych toaletach, co jest dość istotne na imprezie, która polega na jedzeniu i piciu.

[Zdjęcia z festiwalu znajdziesz na końcu tego tekstu]

Przejdźmy do tego, co najistotniejsze, czyli jedzenia. Ofertę gastronomiczną prezentowały głównie miejscowe hotele, ale nie zabrakło kilku food trucków czy gości z Węgier. Więc menu było różnorodne i każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Były także stoiska z produktami spożywczymi od małych lokalnych producentów. Od pieczywa przez wędliny, sery po alkohole.
Festiwalowe menu wykraczało daleko poza zestaw „3k” (kiełbacha, karkówka, kwaśnica), który dominuje na imprezach po polskiej stronie granicy. Oczywiście były kiełbasy (wieprzowe, wołowe, z dziczyzny – w przeróżnych rodzajach i konfiguracjach) czy inne grillowane mięsiwo, ale królowały bardziej ambitne, choć wciąż lokalne dania. Przede wszystkim dziczyzna na różne sposoby, dużo podrobów, czyli rzeczy, które praktycznie zniknęły z naszych stołów. Tak przy okazji, w Czechach dania z dziczyzny są bardzo popularne i wcale nie zaliczają się do kuchni drogiej i niesamowicie eleganckiej. W sezonie, gulasze czy potrawki z dzika, jelenia itp. można zjeść nawet w typowych jadłodajniach za cenę, jaką w polskich dworkach czy warowniach moglibyśmy zjeść ewentualnie ciasto z kawą. Valachy to góry, lasy i zwierzyna, więc dziczyzna w lokalnej kuchni jest czymś oczywistym. Tradycjonalista mógł zjeść kiełbaskę z ognia z domowym chlebem, a smakosz kotleciki z jelenia z kasztanowymi knedlikami czy inne cielęce cynaderki. W dodatku, podane na prawdziwym talerzu, z prawdziwymi sztućcami. Jedzeniu towarzyszyły imprezy dodatkowe od pokazów barmańskich po pokaz rozbioru tuszy wieprzowej. W Polsce sobie tego nie wyobrażam, biorąc pod uwagę, ludzi, którzy dostawali spazmów na widok mrożonego prosiaka w Makro, do tego stopnia, że sklep przeniósł artykuł na zaplecze. OK, nie ważne, wróćmy do festiwalu. Nie mogło zabraknąć lokalnej specjalności jaką są valašské frgály – miejscowy rodzaj kołaczy, z twarogiem, powidłami itp. . Tego naprawdę warto spróbować, bo z kołaczykami czy drożdżówkami tak popularnymi w sklepach i cukierniach mają mało wspólnego – są o niebo lepsze. Z resztą jedną z imprez towarzyszących był konkurs na najlepszy frgál. Do boju stanęło około 60 gospodyń z okolicy. Miałem okazję spróbować wypieków, które zajęły 1, 2 i 4 miejsce, decyzję komisji konkursowej zdecydowanie popieram. Tak, wypieków z miejsc dalszych też próbowałem, też były niczego sobie. I póki co, na frgály już nie mam ochoty, myślę, że tak do przyszłego roku.

Zobacz też: Garden food festival Ołomuniec 2017

Myślę, że najlepszym podsumowaniem całej imprezy będzie stwierdzenie, że dawno się tak nie przejadłem. No, ale naprawdę nie mogłem sobie odmówić, gdy w około było tyle różnych smakołyków. Do udziału w przyszłorocznej edycji imprezy nie trzeba mnie specjalnie namawiać, a Velké Karlovice nie raz jeszcze odwiedzę, nawet i bez festiwalu, bo… warto.

Na koniec kilka słów o cenach. Biorąc pod uwagę jakość serwowanego jedzenia i wielkość porcji, nie była to specjalnie droga zabawa.
Na festiwalowych stoiskach płaciło się talonami zwanymi Valasšký Gastroš, które można było kupić w kasach. 10 VG kosztowało 200 Kč. Ceny potraw były bardzo różne i zależały (powiedzmy sobie to szczerze) czy wystawcy chodziło o promocję czy zarobek. Drobne przekąski (pajda chleba z twarogiem, smalcem itp.; kiełbaski z grilla; desery) kosztowały między 2 – 4 VG. Coś bardziej konkretnego (potrawy mączne, mniejsze porcje mięsa) kosztowały w granicach 4 – 6 VG. Najdroższe były dania typowo restauracyjne,  7 – 9 GV. W kilku miejscach za 8 – 10 GV można było zamówić menu degustacyjne. Na dwie osoby poszło nam w sumie 30 GV, czyli 600 Kč. Za podobną kwotę można w Czechach zjeść, w dwie osoby, obiad w lokalu nieco lepszym niż typowa jadłodajnia. Całodzienny bilet na festiwalowe autobusy kosztował 3 VG, parking 50 Kč/ za dzień.

Więcej informacji na temat Karlowskiego Gastrofestiwalu znajdziesz:
na oficjalnych stronach festiwalu , profilu na Facebooku , na Instagram


Festiwalowe stoiska i namioty rozsiane były po całej miejscowości. Wszystko zostało czytelnie oznakowane. Informacje gdzie i co zjeść umieszczono na dużych plakatach.
Festiwalowa waluta.
Festiwalowy transport.
Jedną z imprez towarzyszących był konkurs na najlepsze valašské frgály. Do zawodów stanęło kilkadziesiąt pań. Współczuję sędziom, bo wszystkie ciasta wyglądały pysznie i wybór nie był łatwy.
Mimo polowych warunków wnętrze niektórych namiotów przypominało normalną kuchnię w restauracji.
Przy każdym stoisku było czytelne menu wraz z cennikiem.
Danie, które smakowało mi najbardziej – pieczona karkówka z dzika w sosie ze smardzów. W Polsce smardze są pod ochorną, w Czechach i na Słowacji mozna je zbierać ile dusza zapragnie.
Zabijacka to odpowiednik naszego świniobicia. To urządzano pokazy robioru mięsa.
Na festiwalu można było spróbować dań, których zazwyczaj w restauracajch nie ma – tutaj: podbroby, zupa podobna do naszej czerniny, wędliny z dziczyzny itp.
Przy okazji można było zrobić zakupy. Stoisk z wędlinami, serami, chlebem itp. było kilka. Wszystkie towary od miejscowych dostawców.
Goście z Węgier karmili faszerowaną kapustą mięsem z mangalicy …
… oraz popularna na Węgrzech odmianą langoszy, nieco przypominających z wyglądu pizzę.
Wieprzowina, wołowina, dziczyzna – co kto lubi.
Próbka lokalnego serowarstwa.
Prócz typowo restauracyjne kuchni były też małe stoiska z prostym i smacznym jedzeniem. Np. wiejski chlem z dodatkami typu smalec, twaróg, pomazanki. Obok stoisko z cydrem z rejonu Białych Karpat.
Było też kilka food tracków – kuchnia francuska, indyjska, azjatycka. Jednak cieszyły się małym powodzeniem, bo zdecydowana większość gości przyjechała by próbować miejscowej kuchni.
Reklamy

2 thoughts on “Karlovský Gastrofestival 2017

A Ty co o tym sądzisz? Podziel się opinią i skomentuj!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s