Wieża telewizyjna na górze Praděd


Do wieży telewizyjnej na górze Praděd można dostać się na kilka sposobów. Jeśli należysz do ludzi wygodnych i leniwych, znaczną część drogi możesz przejechać autem. Duży parking znajduje się przy ośrodku narciarskim Praděd – Ovčárna, stamtąd ostatnie trzy i pół kilometra należy przejść piechotą po asfaltowej drodze, która prowadzi pod samą wieżę. Jednak musisz liczyć się z tym, że w letnie weekendy na miejsce parkingowe trzeba będzie chwilę poczekać. Opłata za postój w wysokości 250 Kč wbrew pozorom nie zniechęca zbyt dużej ilości kierowców. Jeśli spacery po górach nie są ci obce, na Praděd możesz wejść po szlakach wiodących np. z miejscowości Karlova Studánka czy Kouty nad Desnou.

Na Praděd wybraliśmy się zaraz po wizycie w elektrowni wodnej Dlouhé Stráně. Ponieważ pogoda była bardzo niepewna zdecydowaliśmy się na przejazd autem najdalej jak się da. W drodze na Pradědgrzmiało i lekko kropiło, jednak załamanie pogody nastąpiło w momencie, gdy wysiedliśmy z auta. Pierwsze 20 minut przeczekaliśmy pod daszkiem, potem deszcz zelżał na tyle, że w ruch poszły peleryny. Po kolejnych kilkunastu minutach opady prawie ustały, jednak lekkie pokropywanie towarzyszyło nam do samego celu.

Wysoka na 145,5 m wieża, z daleka wygląda majestatycznie. Wystarczy popatrzeć na zdjęcia zrobione pod ośrodkiem narciarskim Praděd – Ovčárna. Niestety im bliżej się do niej podchodzi, tym bardziej czar pryska. Wieżę budowano w latach 1969 – 1980 i od samego początku były z nią problemy. Z jednej strony z przyczyn naturalnych, z drugiej finansowych. Dziś obiekt wygląda na mocno niedoinwestowany, co jest prawdziwą zagadką, biorąc pod uwagę ceny wjazdu na taras widokowy oraz ilość zwiedzających.

Dobrze, nie ma co owijać w bawełnę, nie mam pojęcia kto zawiaduje tym przybytkiem, ale jest z niego skąpiradło pierwszej wody. Obsługa ruchu turystycznego godna jest minionej epoki. Rolę kasy pełni dziadzio na krzesełku, które sądząc po wyglądzie stoi tak od dnia otwarcia wieży. Dziadzio pełni także rolę windziarza i gdy znika z „kasy” nowe grupki turystów z zapałem przechodzącym w konsternację zaczynają szukać miejsca, w którym kupuje się bilety.

Główną atrakcją każdego punktu widokowego są widoki. Niestety tutaj są one dość mocno przyćmione przez brud na szybach. Warstwa jest na tyle gruba, że aparaty mają problem z łapaniem ostrości. Ja rozumiem, że są konstrukcje jak choćby wieża telewizyjna w Pradze, gdzie szyby są zespolone z konstrukcją i wyczyścić je mogą wyłącznie alpiniści. Jednak w  wieży na Pradziadzie okna się normalnie otwierają i… choć jedno z zainkasowanych 100 koron warto by było zainwestować w butelkę płynu do szyb i rolkę papierowego ręcznika. Umycie jednego okna dziennie nie jest takim dużym problemem. Być może sprzątaczka ma lęk wysokości? Bo oddając sprawiedliwość, pozytywnie zaskoczył mnie stan sanitariatów na parterze. Ludzi przewija się tam masa, a porządek panował wzorowy.

Osobna historia to działająca na miejscu restauracja. Bo punkt gastronomiczny działający u podnóża wieży rości sobie prawo do bycia restauracją, w dodatku najwyżej położoną w całej Republice. Wystrój i atmosfera są tam bliższe górskiemu schronisku, co akurat popieram. Gorzej gdyby stworzono pretensjonalnego potworka jak wieży telewizyjnej Kamzík w Bratysławie. Ale wróćmy do restauracji Praděd.Jedzenie jest tam jadalne. Można zjeść bez przykrości, ale na kulinarne uniesienia nie ma się co nastawiać. Posiłki tej samej klasy zjesz w nádražce czy bistro żyjącym z serowania dennímenu. Ceny są prawie rozsądne. Biorąc pod uwagę, że miejsce jest bardzo turystyczne i brak konkurencji. Za danie główne od 120 do 200 koron to cena uczciwa. Na ilości też nie skąpią. Co ważne i w Czechach wcale nieoczywiste, można płacić kartą. Niestety jeśli chodzi o sam wybór potraw to byłem nieco rozczarowany. Na stronach internetowych restauracja chwili się na przykład potrawami z dziczyzny. W karcie były medaliony z daniela i tyle w dziczyzny temacie. Słabo. Z klasyki gulasz wołowy, wieprzowa karkówka, španělský ptáček i wątróbka na tysiąc sposobów. Przysmak Pradziada jakoś nie wzbudził we mnie entuzjazmu, bo bardziej wyglądał na zbiór przypadkowych resztek niż wyszukane danie. Dla wegetarian smažák i panierowany kalafior smażony w głębokim tłuszczu. Dla dzieci, tych niekochanych, Špagety s kečupem a sýrem. Bo jak kto kocha swoje dziecko, to makronem z keczupem raczej go karmić nie będzie. W menu nie było poczciwego bramboráka. Jedynie w sekcji dodatki, były bramboráčky. Sądząc po sąsiedztwie w postaci frytek i krokiecików ziemniaczanych, wszystko z zamrażarki. A ja mrożonym plackom ziemniaczanym mówię stanowcze „nie”. Restauracja mi podpadła także z innego powodu – nie można wchodzić z psami. Kpina totalna, biorąc pod uwagę, że w Czechach pies w miejskiej knajpie, centrum handlowym czy banku nie jest problemem. Tym bardziej w takim miejscu też nie powinien.

Koniec końców, z niebudzącego entuzjazmu menu, wybraliśmy španělský ptáček oraz karkówkę na szpinaku z ziemniaczanym knedlíkiem. Obie potrawy dały się zjeść bez przykrości, smakiem przypominając obiady ze szkolnej stołówki. Zdarzało mi się jeść w Czechach sporo gorzej i w wyższej cenie, więc nie będę się czepiał. Jednak uważam, że „restauracja” to tytuł mocno na wyrost.

W drodze powrotnej pogoda nieco się poprawiła więc postanowiłem wypróbować niebieski szlak Praděd – Kouty nad Desnou. Z mapy wynikało, że trasa jest łatwa i przyjemna. Jakieś 11 km, wyłącznie w dół. Kto by się nie skusił? Zaczęło się bardzo niewinnie, urocza ścieżka wdzięcznie wiła się między drzewami i przez chwilę naiwnie sądziłem, że Kouty nad Desnou osiągnę mniej więcej w tym samym czasie, co mój kompan pokonujący autem 50 km po górskich serpentynach, plus prawie 4 km na parking. A jeśli nie w tym samym, to niedużo później. Po kilkunastu minutach zmieniłem zdanie, bo ścieżka zmieniła się najpierw w strumyk, a potem w potok.

Na całe szczęście tego dnia nie miałem w planach chodzenia po górach w związku z czym miałem na nogach… buty idealne na taką pogodę. Normalnie po górach chodzę w butach terkkingowych North Face na vibramie. Lubię je, 6 lat intensywnej eksploatacji nie wyrządziło im żadnej szkody, są wygodne, stabilne i dobrze mi się w nich chodzi. Jednak tego dni miałem na sobie najzwyklejsze Conversy z idealną podeszwą z gumy, która zmoczona działała jak przyssawka. Czułem się jakbym miał na nogach samochodowy odpowiednik opon z kolcami. Im niżej schodziłem, tym wody na szlaku było więcej. W kilku miejscach musiałem przejść w bród. Grupka, która szła przede mną, w butach trekkingowych miała problemy z pokonaniem co bardziej podtopionych miejsc, jak zwyczajnie wchodziłem do wody sporo ponad kostkę. Nim dotarłem do celu, buty na nogach miałem już zupełnie suche. Trekkingowe po napełnieniu wodą by schły przez dwa dni. Pomijam już, że zrobiłyby ciężkie jak kowadła. Nikomu nie polecam chodzenia po górach w Conversach, ale w razie konieczności tenisówki z gumową podeszwą sprawdzają się lepiej od wszelkich sneakersów.

Idąc szlakiem przez myśl przechodziły mi dwa zdania „ ale tu ładnie”, bo faktycznie było ładnie i sceneria przypominała momentami „Opowieści z Narni” czy innego Hobbita, oraz „kurwa mać, tu zupełnie nie ma zasięgu”. Druga myśl mocno mnie mobilizowała do uważnego stawiania kroków, bo w razie czego miałbym ogromny problem z wezwaniem pomocy. A do „w razie czego” momentami było blisko, bo gdy woda spłynęła, błoto zostało a szlak biegł w sposób kręty i momentami stromy. Trochę nerwów mnie to kosztowało. Oraz sporo więcej czasu niż pierwotnie zakładałem. Odetchnąłem z ulgą dopiero po zejściu z góry w okolicach dolnego zbiornika elektrowni wodnej. Od tego miejsca do centrum Koutach nad Desnou prowadziła wygodna asfaltowa droga. Dokładnie taka, na jaką narzekałem kilka godzin wcześniej pod Pradziadem.

Przy okazji mogłem dokładnie obejrzeć dolny zbiornik wodny, który rano widziałem z okien autokaru. Dobra, nie ma co ukrywać, brzydko to wyglądało, ot dziura w ziemi, z jednej strony odgrodzona betonową ścianą. Postanowiłem, że wrócę tam na jesieni, gdy będzie napełniony wodą.

Przy dobrej stabilnej pogodzie na Pradziada warto wejść na nogach. Choć trasa autem też jest ciekawa, a na serpentynach przewidziano kilka punktów widokowych, to jednak szlak pieszy na większy urok. Po opadach warto zdecydować się na auto, bo nie wyobrażam sobie wchodzenia pod dość stromą górę w potokach wody. Jasne, że jest to wykonalne, ale średnio bezpieczne i mało przyjemne.

Wycieczkę na Pradědwarto połączyć ze zwiedzaniem elektrowni wodnej Dlouhé Stráně. Jak obejrzeć wszystko w jeden dzień? Dasz radę, ale spędzisz bardzo intensywny dzień nad Desną. Uwaga: wycieczka, którą ci proponuję jest przewidziana dla osób, które mają dobrą kondycję i nieobce jest im chodzenie po górach. Jeśli twoją jedyną aktywnością fizyczną są spacery w stylu dom-parking-parking-biuro, rozbij ją na dwa dni, bo w jeden zwyczajnie nie dasz rady. W momencie powstawania tego wpisu, wycieczki do elektrowni dla osób indywidualnych prowadzone są o 10 oraz o 12. Ze względów logistycznych polecam tą drugą godzinę.

Elektrownia wodna Dlouhé Stráně i wieża telewizyjna Praděd,
krok po kroku.

  1. Przyjedź do Koutów nad Desnou najpóźniej o 8.30, pozostaw auto na jednym z bezpłatnych parkingów przy kasach wyciągu i… przygotuj się na długi dzień.
  2. Zacznij od górnego zbiornika. Wyciąg krzesełkowy czynny jest od godziny 9, a ty powinieneś wjechać na górę zaraz po jego uruchomieniu. Dojście do zbiornika, szybka sesja zdjęciowa i powrót do stacji wyciągu nie powinny zająć ci więcej jak 1,5 godziny. Spokojnie zdążysz odwiedzić jeszcze wieżę widokową i wypić piwo.
  3. O 12.00 weź udział w wycieczce. Ostatnim jej punktem jest dojazd autokarem do dolnego zbiornika. Tam chętni mogą wysiąść i ruszyć na szlak. Skorzystaj z tej możliwości.
  4. 13.30 wejdź na niebieski szlak, który prowadzi wprost pod wieżę telewizyjną Praděd. Trasa liczy sobie 4,5 km i jest spokojnie do pokonania w około 2 godziny.
  5. Między 15.30 a 16.00 powinieneś dotrzeć do wieży telewizyjnej Praděd. Godzina wystarczy, by wjechać na górę, a potem zjeść coś w restauracji.
  6. Zjedź niebieskim szlakiem do Koutów nad Desnou. Trasa liczy około 12 km i zajmuje od 3 do 3,5 godziny. Około 20 powinieneś dotrzeć do celu, czyli na parking w centrum miejscowości.

A Ty co o tym sądzisz? Podziel się opinią i skomentuj!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.