Nie ufaj blogerom podróżniczym


Tekst zawiera przekleństwa i zwroty, które mogą uchodzić za obraźliwe.

W sumie powinienem zacząć od disclaimera „tekst nie ma na celu ośmieszania kogokolwiek, powstał wyłącznie w celach edukacyjnych a prze jego tworzeniu nie ucierpiało żadne zwierzątko”, ale to nie do końca tak. Nie mam na celu piętnowania konkretnych osób, a zjawiska występujące w części blogosfery aspirującej do bycia blogosferą podróżniczą. Zdaję sobie sprawę, że choć nikogo palcem nie wytykam, to sprytny czytelnik bez trudu dotrze do źródła. Nie mam z tym problemu, bo uważam, że kto wypisuje brednie, ten sam sobie winien. Proste.

Z racji tego, że piszę często zerkam tu i tam na różne blogi podrożnicze. A jeśli nie mam czasu i zerknę ja, to zerkają znajomi, którzy z wielką uciechą podsyłają mi w dużej ilość rożne pikantne kawałki. Niestety pikantne ma to do siebie, że bardzo często powoduje zgagę. I właśnie intelektualna zgaga była motorem napędzającym mnie do napisania tego tekstu.

Blogi podróżnicze, w dużym uproszczeniu można podzielić na dwa rodzaje. Pierwszy to typowe pamiętniki, w których ludzie dość szczegółowo opisują swoje podróże. Autorzy są zorientowani na przekazanie swoich przeżyć, zazwyczaj nie mają misji edukacyjnej. Tym odpuszczam. Nic do was nie mam, fajnie że dzielicie się waszym spojrzeniem na świat. Drugi rodzaj to typowe przewodniki, których autorzy mają silną misję edukacyjną, choć bardzo często nie idzie to w parze z wiedzą. Tym mnie odpuszczę, bo oczekuję od nich profesjonalizmu.

Grzech pierwszy – nie wiem, ale się wypowiem

Chyba nie ma nic bardziej wkurzającego, gdy czytasz PRAKTYCZNE porady na temat podróży po jakimś kraju i trafiasz na teksty w stylu „ja tam nie byłem, ale słyszałem, że warto”, „nie jechałem ta trasą, ale inni mówili, że jest bezproblemowa”, „nie spałam w tym hotelu, ale wygląda fajnie więc polecam (i obowiązkowy link do Airbnb)”.

Ludzie kochani, nie na tym polega udzielanie praktycznych rad. Rady praktycznie, jak nazwa wskazuje wynikają z praktyki. O jakiej praktyce my tu mówimy, jeśli ktoś w życiu gdzieś nie był lub czegoś nie doświadczył? Wielki podróżniku, zamiast pisać głodne kawałki zaoszczędź zawodu czytelnikom i chociaż daj link do kogoś, kto zna się na rzeczy lepiej niż ty. I sprawa załatwiona.

Pod ten punkt podpadają też informacje niesprawdzone czy wręcz urojone. Co powiecie o niezwykle cennej informacji „Podobno można spróbować wejść bez biletu w niektóre dni”. No to „podobno” czy „można”. Zgaduj zgadula. Nie po to wklepuję zapytanie do wyszukiwarki, klikam w linki i tracę czas, by czytać takie rozważania Doświadczonego Podróżnika.

Grzech drugi – clickbaity czyli durne tytuły

Gdy widzę kolejny tytuł w stylu „Czemu nie warto jechać tu czy tam” przy wpisach, z których wynika zupełnie coś innego, to mam ochotę z wdzięczności za zmarnowany czas puścić wirtualnego pawia wprost na klawiaturę. Clickbaity wymyślił, zresztą całkiem sprytnie, jakiś Janusz marketingu celem zwiększenia klikalności. Kochają je portale internetowe i tabloidy, a banda blogowych baranów ten durny styl powiela. Jasne, że treści negatywne przyciągają uwagę, ale problem w tym, że często ludzi faktycznie szuka się informacji czemu nie warto zrobić tego czy tamtego. Ja rozumiem, że wzrost UU to szalenie istotna sprawa, ale szacunek dla czytelnika jakby trochę ważniejszy. Czy warto zniżać się do poziomu Onetu czy innego Faktu?

Grzech trzeci – bezsensowne lanie wody

Nawet nie zliczę, ile razy zmarnowałem cenne minuty na czytanie tekstów kompletnie o niczym. Piszą je z reguły osoby, które mają dość mgliste pojęcie o opisywanym miejscu. Coś tam im się w głowie kołacze, ale o co chodzi to ni cholery nie wiadomo. No bo co mi daje informacja:  „Gdzie parkować – Brno jest dużym miastem, więc znajdziesz miejsce do parkowania. Być może nawet bezpłatne”. Jedynie pewność, że osoba, która to pisała nie dość, że nie ma pojęcia o temacie to jeszcze jest zbyt leniwa, żeby sprawdzić konkretne informacje w necie. Lanie wody jest doskonałym sposobem na zasypanie czytelnika lawiną dobrych rad. Bo przecież każdy doświadczony podróżnik czuje się zobligowany do radzenia innym. I potem mamy takie kwiatki: „Nie daj się naciągać. Jeśli nie jesteś czymś zainteresowani mów długo i dobitnie „NIE”.” albo „Jak nie dać się porwać i zabić w danym kraju?Stosuj podstawowe środki ostrożności. Dzięki temu nikt Cię nie okradnie i nie porwie.”. Siło wyższa, widzisz i nie grzmisz… . Gdy widzę tego typu porady, to zastanawiam się czy taki wujek dobra rada uważa swoich czytelników za krańcowych debili, czy sam jest rozumny inaczej. Ja rozumiem, że fraza „jak nie dać się porwać i zabić” przyciągnie wielu czytelników, ale pisanie takich banałów to zwykła kpina z czytelnika.

Grzech czwarty – chamskie plagiatowanie

O pewne praktyczne informacje dotyczące niektórych krajów, a przetłumaczone na język polski jest. Osoby specjalizujące się nie nieco bardziej egzotycznych lub mniej popularnych regionach świata doskonale wiedzą o czym piszę. Istnieje mała szansa, że dokumenty w stylu: taryfa przewozowa kolei tureckich, regulamin parkowania w Tokio, czy kodeks drogowy obowiązujący w Kirgistanie zostaną przetłumaczone na język polski przez ich autorów. Tak więc skromna część blogerów tłumaczy w pocie czoła temu podobne ”bzdety”, przygotowuje wpis i… za kilka dni czy tygodni widzi u konkurencji te same informacje. Cud jakiś? Ktoś wpadł na ten sam pomysł, w tym samym czasie? Nie, zwyczajnie i po chamsku ukradł cudza pracę! Tu pozdrawiam dżentelmena, który usiłował zajumać ode mnie taryfikator mandatów – that’s not gonna happen sweetie, wielki brat czuwa! O kopiowaniu całych fragmentów z Wikipedii, stron muzealnych czy portali turystycznych już nawet nie wspominam. Gdyby blogi przepuścić przez oprogramowanie do plagiatów, to z większości nie pozostałby nawet kamień na kamieniu. A połowa autorów tego, co zostanie, skoczyłaby sobie do gardeł z wdzięczności za okradanie się na wzajem.

Osobny temat to notoryczne podpieprzanie zdjęć. Niektórym cudakom się wydaje, że jeśli pod ukradzionym zdjęciem dadzą podpis „zdjęcie zaje… przepraszam, zdjęcie pochodzi ze strony xxx” to jest wszystko ok. No więc nie jest. Podanie źródła kradzieży nie zwalnia z uzyskania zgody na użycie fotki od jej właściciela. Bo to tak jakbyś ukradł ze sklepu zegarek, po czym na pasku umieścił napis „sprzęt podpieprzony ze sklepu XYZ”. Jeśli właściciel nie wie albo zgody nie dał, jest to chamska kradzież. I nie mówię tu o fotkach wrzuconych do sieci z błogosławieństwem licencji CC.

Grzech szósty – kłamstwo i brak odpowiedzialności

Stwierdzam ze smutkiem, opisywanie miejsc w których nigdy się nie było jest procederem niezwykle częstym. Wielu „podróżników” myśli „opis zerżnę z cudzej relacji, zdjęcia osadzę z instagrama i gra muzyka, bo i tak nikt się nie zorientuje”. Owszem, większość się nie zorientuje, ale spora grupa i owszem. Zastanówcie się w jakim celu prowadzicie swój blog podróżniczy? Może lepiej zająć się pisaniem opowiadań? Mniej zachodu, większa przyjemność i nikła szansa, że ktoś rozpozna w was oszustów. Na szczęście kłamstwo i opisywanie wydarzeń, które tak naprawdę nie miały miejsca jest mniej niebezpieczne niż…
… brak odpowiedzialności. Nie będę nikomu wmawiał, że prowadzenie bloga podróżniczego to misja itp. itd. Nie mniej trzeba mieć świadomość, że publikując teksty, choćby pośrednio kierujemy ludzi w takie czy inne miejsce. Ktoś traci czas i pieniądze by zobaczyć to, co zachwalaliśmy, bo zaufał naszej opinii. No i jak w tej sytuacji można robić ludzi w chuja polecając miejsca, których się nie zna? Albo publikując nieaktualne czy niesprawdzone informacje, które mogą narazi czytelnika na straty finansowe lub konflikt z prawem? Udzielanie rad typu „do muzeum wejdź przez dziurę w ogrodzeniu” albo „jedź bez biletu, bo w Pradze nigdy nie ma kontroli” to krańcowy brak odpowiedzialności. W dodatku tego typu porady można potraktować jako namowę do złamania prawa, a to podpada pod kodeks karny.

A skoro już o odpowiedzialności mowa to wkurzają mnie: durny zachwyt połączony z małpią złośliwością. Objawia się to mniej więcej tak… Na blogu relacja z podróży w tonacji ochy i achy. Biuro podróży wspaniałe, ludzie uroczy, hotel przezajebisty, jedzenie palce lizać. Czytasz, dostajesz ślinotoku, już prawie wykupujesz taką wycieczkę gdy…  przypadkiem zauważasz recenzje na fejsie czy innym trip advisor pisaną przez tego bloger na temat hotelu. Czytasz i oczom nie wierzysz. Okazuje się, że tam same kurwy lecą za pluskwy w pościeli i grzyb w łazience. I groźby karalnie od adresem tego uroczego przewodnika, który w rzeczywistości był sadystą itp. itd. Po co to wszystko ? Ja wiem… ciężko przyznać się do porażki. Do tego, że wybór nie była trafiony. Ale czy to jest powód, żeby innych wpuszczać w kanał. Albo zbędne koloryzowanie. Podróżnik opisuje plażę „Tyle możliwości, tyle rozrywek, każdy znajdzie coś dla siebie”. Po czym przyjeżdżasz na miejsce i okazuje się, że rozrywki do wyboru masz dwie – leżeć plackiem na plaży lub aktywnie poszukać w piasku jakiegoś szkiełka, żeby podciąć sobie żyły z nudów i zakończyć męczarnię, bo tak się składa, że jesteś wielbicielem aktywnego wypoczynku.

Gdybym dobrze poszperał, spokojnie dobiłbym do 10 punktów, jednak skończę na tych sześciu. Osobom, które teraz myślą (a, że takich jest sporo jestem więcej niż pewny) „OMG, ależ on ma ból dupy” przyznam rację. Bo bzdury, które wpisują niektórzy blogerzy powodują u  mnie zgagę, ból dupy i kilka innych niesympatycznych dolegliwości. I nie widzę powodu, by to ukrywać.

6 myśli w temacie “Nie ufaj blogerom podróżniczym

  1. Świetny tekst. Tylko głupiec odbierze go jako atak lub próbę ośmieszenia. Od wielu lat jeżdżę do Czech i dzięki Pokochaj Czechy odkrywam miejsca, które omijalam, bo zwyczajnie nie wiedziałam o ich istnieniu. Dziękuję. Czekam na wpisy i z dużą przyjemnością czytam każdą relacje..Wszystkie informacje, które się pojawiają są prawdziwe -począwszy od wysokości mandatów po ceny biletów.
    Minireportaze z odwiedzanych miejsc nie są koloryzowane – przeciwnie są konkretne. A o to chodzi… Pozdrawiam.

    Polubione przez 1 osoba

  2. Mnie słabi, gdy widzę, jak za pisanie travel hacks biorą się ludzie z nikłym doświadczeniem. Takim się wydaje, że jak sami kupią bilet na samolot, a na miejscu trochę pojeżdżą komunikacją zbiorową to są podróżnikami. Potem smarują bzdetne poradniki jak tanio podróżować albo wynająć nocleg, których wartość merytoryczna zwiera się w stwierdzeniu „potrzebujesz taniego noclegu, to poszukaj na booking czy air taniego noclegu” LOL.
    Niedawno trafiłem na poradę w stylu „Nie znasz języków, to bierz przykład z Włochów, oni też nie mówią po angielsku a podróżują”. Jprdl, wiele osób nie mówi w obcych językach, nawet z własnym mają problemy ale to nie powód, żeby ich stawiać za przykład. Szukasz chłopie konkretnych informacji i jesteś zasypywany górą łajna. Szkoda słów. 😦

    Polubienie

  3. Trafne spostrzeżenia. 😉 Myślę, że naprawdę niewiele osób potrafi pisać o podróżach ciekawie i wartościowo, obojętnie czy chodzi o bloga, książkę czy artykuły prasowe, a nawet przewodniki. Zwykle to tylko sieczka, nadziewana reklamami, plagiatem albo jakimiś nieuzasadnionymi ochami i achami czy też próbą lansu. Że już nie wspomnę, że dany kraj powinno się odwiedzić więcej niż raz lub pomieszkać tam dłużej, by móc naprawdę ocenić i się wypowiedzieć…

    Polubienie

  4. Powiadasz Pan, że takie smutne historie się dzieją? Niedobrze. Już z parentingowych blogów chciałam przerzucić się na podróżnicze, bo przynajmniej jest szansa na obiektywność i fachowość – a tu kiszka, marne szanse, nie pocieszasz mnie Pan 😉 ps Miłego weekendu !

    Polubienie

A Ty co o tym sądzisz? Podziel się opinią i skomentuj!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.