Beskid Śląsko-Morawski, trasa Hnojník – Mosty u Jablunkova via Morávka

W tym sezonie postanowiłem nieco poeksperymentować. Ze względów ekologicznych zdecydowałem, że tam gdzie to możliwe będę częściej używać transportu szynowego. Zwłaszcza, że gęsta sieć szlaków kolejowych w Czechach pozwala w dość ciekawy sposób zaplanować trasy wycieczek. Na pierwszy ogień wziąłem Beskid Śląsko-Morawski i linie kolejowe nr. 320 i 322.

Założenia trasy Hnojník – Mosty u Jablunkova przez Morávkę

Zaplanowałem, że autem dojadę do Czeskiego Cieszyna, a tam przesiądę się w pociąg, jadący po trasie 322. Z miejscowości Hnojník przejdę przez pasmo górskie do miejscowości Mosty u Jablunkova blisko czesko-słowackiej granicy, skąd wrócę pociągiem jadącym po trasie 320 do Czeskiego Cieszyna. Z wielką przykrością, że względu na kompletnie nieżyciowy rozkład jazdy Kolei Śląskich nie mogłem skorzystać z pociągu po polskiej stronie, na trasie Katowice – Cieszyn – Katowice, choć początkowo brałem pod uwagę taką możliwość.
Wybrana trasa liczy 45 km i w zależności od źródła, na jej pokonanie potrzeba od 11 do 13 godzin. W praktyce, mimo dość męczącej i upalnej aury, jej przejście zajęło mi 9 i ¼ godziny.

 


Time log Hnojník – Mosty u Jablunkova via Morávka

9:10

Parkuję pod dworcem kolejowym Český Těšín. Do odjazdu pociągu, a właściwie autobusu komunikacji zastępczej mam pół godziny. Jednak wolę poczekać, niż przyjeżdżać na ostatnią chwilę. Miejsc parkingowych pod dworcem jest mało, a nie chcę szukać jakiegoś byle gdzie na mieście. W razie jakiegoś parkingowego kataklizmu, mając zapas czasu, mogę na spokojnie przejechać na drugą stronę torów i zapakować choćby pod Tesco.

Na pół godziny przed odjazdem ČD przypominają, że ma mojej trasie obowiązuje komunikacja zastępcza. Miło. Gdybym przeoczył tę informację podczas zakupu biletu, to teraz miałbym czas, by na luzie poszukać skąd odjeżdżają te zastępcze autobusy.

9:44

Z trzyminutowym opóźnieniem autobus zastępczy odjeżdża do stacji Hnojník. Stara Karosa oczywiście nie ma klimatyzacji, ale RegioNova kursująca na tej trasie też nie, więc standard podróży nie jest dużo gorszy.

10:10

Nieco po czasie docieramy Hnojníka. Idę na peron rzucić okiem na pociąg RegioNova w unijnych barwach i przy okazji także na dworzec. Budynek raczej stary i dość dawno remontowany. Co nie zmienia faktu, że w poczekalni czysto. A na zewnątrz, jak to często na małych czeskich stacjach bywa, miło i zielono.

Nie będę ukrywał, że odcinek ze stacji w Hnojníku do podnóża gór jest mało pasjonujący. Droga prowadzi częściowo pomiędzy domami, częściowo pomiędzy polami. Czeskie wioski, choć zadane, są ciche i spokojne aż do bólu. Z początku robią wrażenie wymarłych, gdybyś jednak uważniej się przyjrzał to dostrzeżesz całą masę ludzi. Tu ktoś maluje garaż, tam sadzi kwiaty, sąsiadka niesie gazetę koleżance zza płotu, ktoś bawi się z dzieckiem w ogrodzie… . Czesi to zdumiewająco cichy naród. Jedyne wyraźne przejawy życia widać w pobliżu licznych (na serio licznych!) gospod, gościńców, piwiarni i restauracji. W tym kraju nie sposób chodzić głodnym, bo nawet na największym zadupiu znajdzie się miejsce, w którym można coś zjeść. Z dużym naciskiem na „coś”. Ale nie ma co grymasić. Przecież nawet utopenec ma kalorie.

Na odcinku Hnojník – KomorníLhotka, trafiłem tylko na jeden ciekawy obiekt – stary obóz wypoczynkowy dla dzieci pracowników kopalni Dukla. Mam nadzieję, że bardzo kopalniana brama trafi kiedyś do jakiegoś muzeum, a nie na złom.

11:10

Komorní Lhotka już prawie się kończyła, gdy przeszło mi przez myśl, że strasznie płaska ta trasa i chciałbym jakiegoś urozmaicenia. Było tak płasko, że nawet narastający upał nie był uciążliwy. Kolejne kilometry czułem nie w nogach, a na nadgarstku, za sprawą wibrującego co i raz Endomondo. Moje wielce optymistyczne podejście do pogody, raczej mało osób, bo w sumie przez cały dzień na szlakach i w schroniskach było praktycznie pusto. W pewnym momencie żarty się skończyły. Szlak odbił w prawo, wprost na strome zbocze. Nadeszła pora, by zebrać się w sobie i wysilić mięśnie.

Pierwsze kilkaset metrów było męcząco, ale bardzo przyjemnie, bo ścieżka była całkowicie zacieniona. Dużo gorszy był odcinek po drodze pożarowej, na którym bez przeszkód operowało słońce. W tym momencie wyraźnie odczułem, że jest blisko 30 stopni i lepiej przestać szarżować. Na szczęście dość szybko szlak odbił w las i mogłem się ochłodzić.

Minąłem mającą 769 m Kyčerę i kierowałem się dalej, w kierunku na Kotař, gdzie łączą się szlaki niebieski z czerwonym.

12:40

Pod schroniskiem Kotař powitał mnie bury kot. W pierwszej chwili przestraszyłem się, że tylko on tu dziś urzęduje. Że z bliżej niewiadomych powodów schronisko jest zamknięta i nie będę miał gdzie kupić wody. Z niepokojem popatrzyłem na zupełnie pusty ogródek. Nim zmartwiłem się na dobre, zauważyłem, że drzwi są otwarte. W środku przy stoliku siedziały dwie osoby. Na całe schronisko! Kupiłem wodę ( 0,75l butelka wody Rajec kosztowała 27 CZK) i ruszyłem dalszą drogę. Następnym przystankiem miała być Morávka.

Spod schroniska Kotař ruszyłem dalej niebieskim szlakiem. Prowadził głównie w cieniu. Co prawda nie dokuczało mi słońce, ale i na ładne widoki też nie miałem co liczyć. Jednak dwa czy trzy razy miałem okazję popatrzeć się na Łysą Górę, której zabudowa jest tak charakterystyczna, że nie sposób pomylić jej z żadną inną. W tym miejscu zaczął mi się klarować pomysł na kolejną trasę.

13:30

Morávka okazała się senna, nijaka i bardzo słoneczna. Cienia tam nie było za grosz, a od asfaltu żar aż buchał. Po raz kolejny zacząłem się zastanawiać, czy aby to dobry pomysł robić górskie eskapady w taki upał, jednak perspektyw odwrotu, w dodatku tą samą drogą była więcej niż zniechęcająca.

Wytrwale parłem do przodu z myślą o vodní nádrž Morávka. Wyobraziłem sobie duży zbiornik pełen zimnej wody, wesoło pluskających się ludzi. Równie wesoło pluskającego się mnie. No cóż…

Zapora mnie mocno rozczarowała. Cały teren wokół niej okazał się strefą ochronną i mimo licznych wybetonowanych ścieżek, do wody nie można się było nawet zbliżyć. Nie można było nawet wejść na zaporę, nie mówiąc już o umoczeniu czegokolwiek w tej zachęcającej i przyjemnie lodowatej wodzie. Nie pozostało nic innego jak iść dalej. Nie pozostało mi nic innego, jak ruszyć dalej niebieskim szlakiem, prowadzącym wzdłuż drogi.

Szlaków prowadzących poboczem szczerze nie znoszę. Kto choć raz szedł z Kubalonki do Wisły Czarne Szlakiem Habsburgów, pewnie rozumie o czym mówię. Za każdym razem, gdy mija mnie jakiś polski mistrz kierownicy, mam odruch, żeby na wszelki wypadek uciec za barierkę. Tu nikt mnie nie próbował przejechać ani zepchnąć z drogi. Mała rzecz, a cieszy.

14:00

W końcu niebieski szlak odbija w lewo. Droga dalej jest asfaltowa, ale dostępna jedynie dla mieszkańców okolicznych domów. Domów niewiele, więc i ruch zerowy. To powód do radości. Nieco mnie cieszy, że szlak wiedzie przez teren odsłonięty, a słońce nieźle daje popalić.

Jest gorąco, ale temperatura nie przekracza 30 stopni. Według prognozy miało być w porywach do 31. Co nie zmienia faktu, że na drodze pojawiają się lepkie plamy smoły.

14:35

Na szczęście droga wzdłuż płynącego obok Slavíče robi się coraz bardziej zadrzewiona. Szlak leniwie pnie się pod grę, jak razem z nią. Tuż obok mnie pluszcze woda, co choć nie daje ochłody to jednak poprawia nastrój.

15:20

Z ciekawością zerkam na mapę, czy te łagodne podejście będzie aż do samego schroniska. Niestety nie. Babi vrch robi swoje – ostatnie kilkaset metrów będzie doś ostro pod górę. Na szczęście po raz ostatni tego dnia. Potem już tylko w dół. A przynajmniej takie był plan.

15:40

Kolářova chata Slavíč. Schronisko mimo wczesnej godziny okazało się zupełnie puste. Kupiłem kolejne butelki wody mineralnej (tu 0,75l butelka wody Rajec kosztuje 30 CZK), odbiłem obowiązkową pieczątkę i ruszyłem czerwonym szlakiem w kierunku miejscowości Horní Lomná.

16:10

Lačnov. Zmiana szlaku z czerwonego na żółty. Droga zaczyna prowadzić skrajem łąki i słońce mocno daje się we znaki. Wchodzę między drzewa, przez co przez pomyłkę Pod Lačnovem skręcam w trasę rowerową 6101, zamiast iść dalej żółtym szlakiem. Dopiero po kilkuset metrach zdałem sobie sprawę, że dawno nie widziałem żółtych znaków. Rzut oka na mapę rozwiązał zagadkę. Przegapiłem rozwidlenie i idę równoległą drogą. Na upartego i po 6101 dotarłbym na dół, jedna wolałem wrócić na szlak, co nie było problemem bo wystarczyło zejść kilkadziesiąt metrów w dół zbocza.

17:00

Horní Lomnáprzywitała mnie uderzeniem gorąca. Kiepsko, bo czekało mnie 9,5 km marsz wzdłuż asfaltowej drogi, bez odrobiny cienia. Doskonale wiedziałem czego się spodziewać, bo już parę razy pokonywałem ten odcinek, choć zazwyczaj samochodem.

17:30

Dolní Lomná. Mimo, że byłem tu zaledwie tydzień temu, miejscowość znowu mnie zachwyca. Te skrzynki z kwiatami przy drodze, płynąca wzdłuż drogi Lomná, uroczy budynek miejscowego muzeum, skansen… . Jest czym cieszyć oczy. Szkoda, że informacja turystyczna czynna tylko do 16. Znowu nie będę miał pieczątek.

18:15

Docieram do wiaduktu kolejowego. Tydzień wcześniej w tym samym miejscu wybrałem żółty szlak prowadzący do stacji kolejowej Bocanovice. Jednak trasa zupełnie nie przypadła mi do gustu. Dlatego tym razem zdecydowałem się przejść do dworca w Mostach u Jablunkova.

Dolní Lomná – Viadukt. Droga z początku miała prowadzić trasą rowerową nr. 6081, która po kilku kilometrach przecina się z czerwonym szlakiem prowadzącym wprost na stację Mostach u Jablunkova. Dystans wynoszący 4,6 km nie wydawał całkiem rozsądny. Doszedłem do wniosku, że czasu jest dość, by bez problemów zdążyć na pociąg Os 2952 o 20:06 do Czeskiego Cieszyna. Niestety po ośmiogodzinnym marszu w upale wyłączyło mi się myślenie i nie zerknąłem na profil trasy. Wygodna asfaltowa droga prowadziła wśród drzew, w miłym cieniu, co mnie bardzo cieszyło, bo słońca miałem aż nadto. Było całkiem miło do momentu, gdy trasa zaczęła się piąć pod górę. Z początku lekko, potem nieco bardziej. Normalnie, takie niewielkie podejście byłoby bez znaczenia. Jednak na sam koniec eskapady okazało się bardzo wyczerpujące. Po całej wieczności postanowiłem zerknąć na mapę ile jeszcze. Zatkało mnie, bo GPS wskazywał, że przeszedłem może 1/4 trasy. Po kolejnych kilkudziesięciu metrach coraz bardziej pod górę, zacząłem mieć dość. Zupełnie poważnie myślałem nad odwrotem. Na tym etapie, do Bocanovic miałem bliżej i co ważne, w dół. Jeszcze raz uważnie popatrzyłem na mapę i dostrzegłem coś bardzo zachęcającego – boczną drogę, która odchodziła od szlaku rowerowego znacznie wcześniej niż czerwony szlak. I co najważniejsze, prowadziła na skróty wprost do stacji. Niestety, aby się do niej dostać trzeba było wejść na szczyt wzniesienia. Klnąc na własną głupotę i ignorując zmęczenie w końcu dotarłem do upragnionego miejsca.

19:00

Přístřešek Mosty u Jablunkova. W końcu dotarłem do tak wyczekiwanego rozwidlenia dróg. I zaczęły mnie męczyć wyrzuty sumienia, że już prawie na finiszu poddaję się i idę na łatwiznę. Do czerwonego szlaku było mniej jak kilometr, a stamtąd niecały kilometr na stację. Tyle, co nic. Pierwotny plan bardzo kusił, jednak rozsądek zwyciężył. Zacząłem schodzić w dół, wygodną asfaltową drogą pomiędzy domami, prosto do stacji.
I w tym momencie zajął mnie inny problem – brak gotówki. Wszystko, co miałem wydałem w schroniskach. Nie przelałem też nic na portmonetkę na inKarcie. Jeśli z jakiegoś powodu nie będzie działał internet w komórce, to jestem w ciemnej dupie. W Mostach nie ma bankomatu, a kasa ČD, w której mógłbym zapłacić kartą czynna jest do 19.15. W końcu doszedłem do wniosku, że nie ma się czym przejmować. W razie problemów wyślę, SMS z prośbą o kupno biletu do któregoś ze znajomych. SMSem odeślą mi kod i po sprawie.

19:17

Pierwsze, co robiłem po przyjściu na dworzec to uruchomiłem aplikację i przystąpiłem do zakupów. Na szczęście siła wyższa oszczędziła mi kłopotów i w ciągu minuty już miałem bilet. Rezygnując z części trasy byłem trochę za wcześnie. Poprzedni pociąg odjechał o 19.06. Było ciepło, miałem na czym siedzieć, mogłem wreszcie odpocząć, więc konieczność 50-cio minutowego oczekiwania niezbyt mnie martwiła. Pomyślałem, że i tak mam dobrze. Pociągi na trasie Mosty u Jablunkova – Český Těšínjeżdżą w równym takcie co godzinę przez cały dzień, więc nie trzeba się zbytnio pilnować. Nie to, co w takiej Wiśle – trzy połącznia na krzyż, więc jak spóźnisz się na jeden pociąg to potem kiblujesz.

19:58

Z lekkim opóźnieniem przyjechał City Elefant. Wchodząc na górny pokład pomyślałem, że strasznie zazdroszczę Czechom tych pociągów. U nas na trasy Katowice – Żywiec czy Katowice – Wisła byłyby idealne. Nie to, co Elfy z Pesy. Straszna szkoda, że część City Elefantów z Ostravy przeniosą do Pragi, bo Regio Pantery to już nie to samo.

20:06

Z Mostów u Jablunkova odjeżdżamy o czasie. Stacja po stacji pociąg napełnia się podróżnymi. Po całym dniu w Beskidach ludzie wracają do Ostravy. Dużo rowerzystów. Ciekawe jak Koleje Śląskie by sobie poradziły z taką ilością rowerów?

20:40

Dwie minuty po czasie wysiadam na dworcu Český Těšín. Przesiadka w jedynie słuszny środek transportu obowiązujący po drugiej stronie granicy, czyli auto. Niestety nie ma innego wyjścia, bo z Cieszyna do Katowic odjeżdżają dwa pociągi dziennie – o 9:42 i 18:49. W tej sytuacji Koleje Śląskie na mnie nie zarobią.

Trochę cyferek

Podsumowanie

Nie będę ukrywał, że nie było łatwo. Była to najdłuższa kilometrowo trasa, jaką miałem okazję pokonać w ciągu jednego dnia. Zazwyczaj moje górskie włóczęgi praktykowane regularnie raz w tygodniu, nie przekraczają 36 – 40 km. Dodatkowe 5 km dało mi w kość bardziej niż myślałem, choć winą za zmęczenie po części obarczam także panujący upał. Do punktu końcowego udało mi się dotrzeć na 110 minut przed odjazdem ostatniego pociągu w kierunku Czeskiego Cieszyna, co uważam za wartość bezpieczną. Jednak w przypadku osób, które na co dzień po górach nie chodzą lub chodzą na znacznie mniejszych dystansach, margines błędu może nie być wystarczający. Mimo kilku bardzo ciężkich chwil, satysfakcja z pokonanej trasy była znacznie większa niż stopień zmęczenia i apetyt na kolejne eskapady jeszcze mi wzrósł.

České dráhy – pociągiem w góry

Za bilety kolejowe zapłaciłem w sumie 77 CZK, a pociągami przejechałem 40 km. Ponieważ na obu trasach pociągi kursują w równym godzinnym takcie, miałem ten komfort, że nawet gdybym musiał mocno zwolnić czy dłużej odpocząć, nie będzie się to wiązało z wielogodzinnym kiblowaniem na stacji w oczekiwaniu na kolejne połączenie.

 

Skomentuj wpis

Leave a Comment

Udostępnij
Przypnij
Tweetnij
Udostępnij