Czemu blogerzy podróżniczy nie lubią jeździć do Czech

Do napisania dzisiejszego tekstu zainspirowały mnie trzy rzeczy. Pierwszą z nich była rozmowa z jedną UBP (czytaj: uznaną blogerką podróżniczą”, która starała się wydębić ode mnie informacje jak zwiedzić Czechy za bezcen. Drugą lektura wielu blogów podróżniczych i wreszcie poniższy cytat: „Wiele osób żyje w przekonaniu, że aby podróżować trzeba mieć dużo pieniędzy. Otóż nie! Jedynym ograniczeniem są Twoje wymagania i ograniczenia, które siedzą w głowie”, znaleziony na jednym z blogów, którego nazwę pozwolę sobie zachować dla siebie.

Tekstów o podróżowaniu za darmo można znaleźć w sieci tysiące. Płodzą je głównie zawodowi blogerzy podróżniczy, ponieważ świetnie żrą i napędzają ruch na blogu lepiej niż najlepsza reklama. Zastanawiałeś się kiedyś, jak bardzo wartościowe są te porady? A znasz kogoś, kto faktycznie podróżuje za grosze? No właśnie… . Ja też nie. I mimo przeczytania setek cennych wskazówek, reklamowanych niczym prawdy objawione, w dalszym ciągu nie wiem jak można podróżować nie mając pieniędzy (i sponsora, ale na razie cicho… dojdziemy do tego za chwilę). Co ciekawe, bardzo często koszty prezentowanych podróży faktycznie są niskie! Niestety, mnie planując podobną podróż, hajs przestaje się zgadzać i nie jest to wina zepsutego kalkulatora, a kilku prostych trików, o których autorzy cennych porad woleli milczeć. Przepraszam jeśli właśnie niszczę Twoje marzenia o podróżach ale… nie da się ukryć, że podróżowanie, nawet dość blisko, wiąże się z kosztami. I nie ma co wciskać kitu, że są to niewielkie koszty. Kosztują transport, zakwaterowanie i wyżywienie. Nikt za darmo nie da ci ubezpieczenia oraz sprzętu turystycznego. Za bilety wstępu do atrakcji turystycznych też trzeba płacić, nie raz dość słono. No to jak dokonać tego ekonomicznego cudu i podróżować za grosze? Uchylę Ci rąbka tajemnicy… .

Po pierwsze musisz wybrać odpowiedni kraj lub region. Ulubionymi destynacjami wszystkich „darmowych podróżników” są Azja, Bliski Wschód i kraje, w których panuje spora bieda. To daje gwarancję noclegów za bezcen lub wręcz za darmo. Jak to możliwe? Po prostu chodzi o żerowanie na niektórych kulturach, gdzie ugoszczenie przybysza jest niepisanym obowiązkiem. Jadąc do takiego kraju możesz liczyć na bezproblemowe noclegi u miejscowych, za które odwdzięczysz się gadżetem lub jednodolarówką. Adresy takich naiwnych ludzi bez trudu pozyskasz od innych wtajemniczonych podróżników za grosze.

Po drugie postaraj się przerzucić koszty twojej podróży na innych ludzi. Jeśli tylko jesteś bezczelnym egoistą, uda ci się to bez większego trudu. Jeśli chodzi o transport – wiadomo, że najlepiej jeździć autostopem. Koszty paliwa, utrzymania samochodu i opłat za drogi ponosi właściciel pojazdu, a Ty wygodnie przemierzasz kolejne kilometry, pełen podziwu dla siebie i tego, jak to potrafisz się ustawić. Noclegi to trochę bardziej skomplikowana sprawa. Jeśli nie uda ci się urobić miejscowego i wprosić się do niego na noc, pozostaje nocleg na ławce w parku czy w jakimś kącie dworcowej hali. Zaoszczędzisz tyle, że wystarczy na poranną herbatę w byle której hotelowej restauracji. Tylko nie zapomnij, żeby na selfie było widoczne logo miejsca w którym „spałeś”. Jedzenie?  Żeruj na nowo poznanych ludziach. Jak już wspominałem, w niektórych rejonach świata religia i zwyczaje nakazują ugościć podróżnika. Przyjmij lub wymuś zaproszenie, zjedz do syta, potem weź kąpiel i prześpij się. W rewanżu możesz podarować gospodarzom długopis (najlepiej taki reklamowy buchnięty z jakiej firmy, bo te są za darmo) lub breloczek. A co z wejściówkami do muzeów? Nic trudnego, po prostu zdobądź lipną legitymację prasową. Dzięki niej wejdziesz z dużym rabatem lub za darmo do wielu obiektów. Jeśli nie masz takich możliwości, zawsze możesz powiedzieć „nie chodzę do muzeów, bo dla mnie najważniejsze są: ludzie i widoki, a nie zakurzone eksponaty”. Czasami możesz wykpić się selfie zrobionym przed wejściem i wyjaśnieniem „w środku był zakaz robienia zdjęć, ale opowiem co było”. O tym „co było” przeczytasz w każdym przewodniku, wystarczy nieco przeredagować tekst i relacja gotowa. A co ze sprzętem na wycieczkę? Pożycz od znajomych, zawsze znajdziesz jakiegoś głupka, który marnuje kasę na przewodniki, plecaki czy śpiwory, które przecież mógłby pożyczyć od kogoś innego. Możesz też wysępić coś z działów PR producentów sprzętu w zamian za obietnicę reklamy w „uznanym blogu podróżniczym”. Jak widzisz, istnieją setki sposobów, byś przerzucił koszty swojej podróży na inne osoby. Im pozostaną rachunki do zapłacenia, a Tobie fejm gościa, który potrafi podróżować za darmo. Ciekawy jestem, czy któryś z tych „podróżników” powie kiedyś prawdę i oznajmi wprost: „przez miesiąc żerowałem jak sęp na dobroci i naiwności innych ludzi” zamiast „przejechałem cała Azję za $50”.

Wróćmy jednak do tytułowego pytania – czemu blogerzy podróżniczy nie lubią jeździć do Czech i wielu innych europejskich krajów? Bo Czechów i ogólnie Europejczyków trudno jest urobić. Praktycznie nie istnieje szansa, by ktoś przypadkowo poznany na ulicy nakarmił cię lub przenocował. I to nawet wtedy, jeśli w ramach podziękowania obiecasz mu długopis. Z autostopem w Czechach też bywa ciężko, a kierowcy w publicznych autobusach i konduktorzy w pociągach jakoś nie łaszą się na łapówki-drobniaki, którymi chciałbyś ich przekupić za brak biletu. Jak widzisz, Republika Czeska jest bardzo niegościnnym krajem, który darmowym podróżnikom nie pozostawia wiele pola do popisu. Jeśli i Ty posiadasz naturę cwaniaczka i sępa, nie zastanawiaj się nad spędzeniem darmowego urlopu w Czechach, tylko od razu wybierz wakacje w Azji.