Praga widok z Wełtawy

Weekend w Pradze

Piątek, dzień pierwszy

Do Pragi przyjechaliśmy dość wcześnie, jednym z pierwszych porannych pociągów z Ostrawy. Doba w hotelu, w którym zatrzymywaliśmy się na nocleg rozpoczynała się o godzinie 14, więc pierwszą rzeczą jaką zrobiliśmy po wyjściu z pociągu było oddanie bagaży do przechowalni. Potem poszliśmy na szybkie praskie śniadanie w Liberskych Lahudkach i szybciutko wróciliśmy na dworzec. Nie, nie po bagaże. Na dworcu wsiedliśmy do pociągu podmiejskiego linii S7, który zawiózł nas do Karlštejnu, gdzie znajduje się jeden z najsłynniejszych czeskich zamków.

Potężny gotycki zamek położony w miejscowości Karlštejn jest najczęściej odwiedzanym zabytkiem w okolicach Pragi. Został zbudowany w 1365 roku i pełnił rolę depozytorium królewskich skarbów i klejnotów koronnych. Do czasów współczesnych zamek przetrwał w doskonałym stanie i stanowi tło dla licznych filmów historycznych i kostiumowych. Dojazd do Kalštejnu z centrum Pragi zajmuje około 40 minut, więc jest to doskonałe miejsce na szybki wypad z miasta. 

Do Pragi wróciliśmy w sam raz, by odebrać bagaże i udać się do hotelu. Droga nie była daleka, bo ibis Praha Wenceslas Square w którym nocowaliśmy, jest oddalony zaledwie o dwie stacje metra od dworca głównego.

Po rozgoszczeniu się w pokoju i wypiciu powitalnego piwa udaliśmy się na Vinohrady, które według mnie są jedną z najładniejszych części Pragi. Jednak tym razem nie chodziło o podziwiane widoków, a o jedzenie. Tego dnia obiad zaplanowałem w moim ulubionym mikro-browarze.

Vinohradsky Pivovar serwuje nie tylko smaczne piwo, ale i doskonałą kuchnię. Nic bardzo wymyślnego. Ot, tradycyjna czeska kuchnia w nieco lżejszym wydaniu. Lokal jest idealnym miejscem na lunch lub obiad. Z niewielkiego, acz treściwego menu wybraliśmy wędzony wołowy ozór z chrzanową pianą, jagnięcą kiełbaskę z sałatką z kapusty, wieprzowy kotlet z sałatką ziemniaczaną oraz konfitowany boczek z plackami ziemniaczanymi. Do tego oczywiście warzone na miejscu piwo.

Z browaru udaliśmy się na Plac Pokoju, gdzie obywała się impreza winiarska winobranie na Grébovce. Po obiedzie w VP na dalsze jedzenie nie mieliśmy już ochoty, ale znalazło się nieco miejsca na coś słodkiego i kapkę burčaka.

Wiem, że wielu osobom Czechy kojarzą się głównie z piwem, ale jak dla mnie to kraj winem płynący. W ciągu ostatnich lat powrót do winiarskich tradycji widać w Pradze coraz bardziej. Nie ma się czemu dziwić, bo w mieście funkcjonuje kilka winnic – jak choćby Grébovka położona na zboczach Doliny Nuselskiej czy winnica w Troji, opodal praskiego ZOO. Stąd też winiarskie imprezy w Ogrodach Havlicka (Havličkový sady) i innych częściach miasta z roku na rok przyciągają coraz większe tłumy. Ponieważ zgodnie z winiarskim zwyczajem pierwsze młode wina otwiera się 11 listopada, podczas winobrania pija się wina z poprzednich roczników oraz obowiązkowo burčak. Tu słowo wyjaśnienia, czym ten burčak jest. Burčak to napój winny powstały z częściowo sfermentowanego winnego moszczu. Jest to produkt, który powstaje przy produkcji wina, ale winem zdecydowanie nie jest. Ani młodym, ani żadnym innym. Burčak to burčak, a wino to wino.]

Ponieważ było jeszcze wcześnie, a pogoda idealna, postanowiliśmy wybrać się na Vyšehrad. Nie było daleko – zaledwie jedna stacja metra od hotelu. Wspominałem już o tym, że ibis Praha Wenceslas Square ma idealną lokalizację ;-)? Na Vyšehrad dotarliśmy w ulubionej porze dnia każdego fotografa – zaczęła się akurat „złota godzina”. Dolina Wełtawy, winnica i Katedra wyglądały zjawiskowo. Nie my jedni postanowiliśmy podziwiać złotą Pragę (o tej porze naprawdę złotą) – wycieczek było sporo i choć do tłoku takiego jak na Moście Karola było daleko to mimo to w co bardziej atrakcyjnych foto-spotach trzeba było chwilę poczekać, by pstryknąć parę zdjęć.

Skoro byliśmy na Vyšehradzie, nie mogłem się powstrzymać, by choć na chwilę nie pojechać na Pankrác, położony o dwie stacje metra dalej, w kierunku Południowego Miasta. O Pankrácu pisałem już tutaj. Tym razem chciałem zobaczyć, jak wyglądają dokończony V-Tower, najwyższy budynek Republiki po zmroku. Na Pankrácu udało się zrobić kilka ciekawych zdjęć, jednak sam V-Tower nieco mnie rozczarował. Spodziewałem się rzęsiście rozświetlonych wież, a niestety w niewielu apartamentach widać było jakieś oznaki życia. Z Pankráca pojechaliśmy prosto do hotelu – oddalonego „aż” o 3 stacje metra. Dzień zakończyliśmy dość wcześnie, bo koło 22. Niestety wstawianie bladym świtem, by zdążyć na pociąg dało się nieco we znaki, a przed nami był kolejny dzień pełen atrakcji.

Sobota, dzień drugi

Sobotę rozpoczęliśmy śniadaniem w hotelu. Zazwyczaj wolę zjeść coś lokalnego na mieście, ale tym razem dałem szansę hotelowej kuchni. Nie taki diabeł straszny jak go malują – śniadanie w ibis Praha Wenceslas Square było bardzo udane. Wyszedłem najedzony i zadowolony.

Prosto z hotelu udaliśmy się do ścisłego centrum Pragi, na Plac Wacława (jedna stacja metra od naszego hotelu, albo 10 minut piechotą). Stamtąd prosto na ulicę Na Přikopě do… Czeskiego Banku Narodowego. Nie, nie w celu wymiany walut! Praga ostatnio zrobiła się rozkosznie bezgotówkowa i jedyna gotówka, jakiej potrzebowaliśmy to ta, na napiwki dla kelnerów.

Akurat w tę sobotę ČNB organizował dzień otwartych drzwi. Instytucja otwiera swoje podwoje bardzo niechętnie, średnio raz na trzy lata. Co prawda w Noc Muzeów też można tam zajrzeć, jednak chętnych jest tylu, że ostatnio kolejka sięgała placu Wacława. Tym razem przyszliśmy zaraz po otwarciu i nie trzeba było czekać dłużej niż kwadrans.

Dzień otwartych drzwi w Czeskim Banku Narodowym odbywał się pod znakiem 100-lecia wprowadzenia korony czechosłowackiej. Podczas imprezy można było zwiedzieć budynki banku, w tym salę konferencyjną Zarządu. Można też było zajrzeć do gabinetu samego Prezesa. W centrum kongresowym wystawiono na pokaz drugą najcięższą złotą monetę świata, odlaną na pamiątkę obchodzonej rocznicy. Można też było zwiedzić dawny bankowy skarbiec, w którym kiedyś przechowywano depozyty. Obecnie w pomieszczeniu urządzono wystawę na temat czechosłowackiej i czeskiej waluty.

Prosto z CNB poszliśmy na ulice Vodičkową do sklepu KOH-I-NOOR, po drobne upominki. Teraz zdradzę ci małą tajemnicę – na prezenty z Pragi wcale nie trzeba wydawać fortuny. Wszystkie te maskotki-Kreciki, breloczki i kubeczki wyglądają fajnie, ale kosztują fortunę i raczej prędzej niż później porastają kurzem, w miejscu do którego nikt nigdy nie zagląda. Z Pragi można przywieźć znacznie fajniejsze upominki, które nie dość, że są praktyczne to jeszcze nie drenują karty płatniczej. Ja od lat rodzinne dzieciaki obdzielam przyborami szkolnym z Krecikiem rzecz jasna. Kredki, zeszyty, bloki rysunkowe – całe szkolne wyprawki, które budzą radość na twarzach dzieci i w zazdrość w oczach kolegów w szkole. I wszystkie te cuda kupuję właśnie w KOH-I-NOOR, czeskiej firmie z tradycjami. To wszystko ma wartość dodaną – te wszystkie akcesoria są o niebo lepszej jakości, niż ten cały import z Chin.

Z KOH-I-NOOR poszliśmy na drugie śniadanie to Lahůdky Zlatý Kříž. Chyba nie ma bardziej tradycyjnego miejsca w Pradze, w którym można by było jeść drobną przekąskę. No dobrze, z tą „drobną” to trochę przesadziłem, bo ja tam się nie mogę powstrzymać i zazwyczaj mam ochotę NA WSZYSTKO i niestety większą część TEGO WSZYSTKIEGO pochłaniam. W kwestii dobrego jedzenia mam bardzo słabą wolę. Pójdziesz tam, to zrozumiesz. 

Rzetelnie najedzeni wróciliśmy do stacji metra Muzeum, skąd ruszyliśmy w drogę do Trojskiego Pałacu (4 stacje metrem, potem autobus 112). Nie mam pojęcia, czemu Trojski Pałac jest tak mało popularny wśród turystów, w porównaniu z innymi praskimi zabytkami. Być może źle mu robi sąsiedztwo zoo, do którego ciągną tłumy. Być w Pradze i nie obejrzeć Trojskiego pałacu to wielki błąd. Budynek i otaczający go ogród wyglądają pięknie. Jednak to, co najlepsze jest w środku. Bo w środku pałac wygląda obłędnie. Co ważne, nie trzeba stać w kolejce, żeby zwiedzieć zabytek. Z Troi wróciliśmy na chwilę do hotelu odświeżyć się przed kolacją. Żaden to problem, jeśli hotel jest o rzut beretem od metra.

Na kolację pojechaliśmy do Dejvic. Tak, też metrem (jedna stacja linią czerwoną, 4 stacje linią zieloną), do restauracji Na Rozhraní. Nie będę ukrywał, że piszę o tym miejscu bardzo niechętnie, ponieważ je ubóstwiam, i chętnie zostawiłbym je tylko dla siebie. Restauracja Na Rozhraní jest miejscem, w którego istnienie trudno uwierzyć. Wystrój bardzo nobliwy, obsługa kelnerska zupełnie nie praska (czytaj: miła, przyjazna i sympatyczna), kuchnia rewelacyjna, a ceny zaskakująco niskie. Ponieważ podczas tego wyjazdu mieliśmy się trzymać czeskiej klasyki, z dość bogatego menu tradycyjnych czeskich potraw wybraliśmy królika i hovězí s domácí svíčkovou omáčkou, czyli wołowinę w delikatnym kremowym sosie.

Z Dejvic wróciliśmy spacerem przez Letną i most Čechův na Stare Miasto. Widok z Letenskiego wzgórza na wieczorną, rzęsiście oświetlona Pragę – bezcenny. Ze Starego Miasta ruszyliśmy do Mostu Karola. Mimo późnej pory na moście były tłumy. Przeszliśmy po nim na brzeg Wełtawy. Klimatycznym uliczkami Malej Strany dotarliśmy do Mostu Legii, którym wróciliśmy na Nove Město. Z Placu Wacława podjechaliśmy metrem do hotelu. I w tym miejscu kolejny raz doceniliśmy doskonałą lokalizację hotelu ibis Praha Wenceslas Square. Ostatnie pociągi metra odjeżdżają z centrum koło 0.20 więc mając hotel przy jednej ze stacji można zapomnieć o taksówkach podczas powrotów z późnych kolacji, kina czy teatru. 

Dzień trzeci, niedziela

Po śniadaniu w hotelu wsiedliśmy w metro na Chodov, by kupić resztę upominków. Centrum handlowe Chodov jest chyba największym w Pradze, a na pewno moim ulubionym. Wybór marek ogromny, ceny znacznie bardziej rozsądne niż w śródmiejskim Palladium i do tego doskonały dojazd metrem. Czego chcieć więcej? Skoro znowu o prezentach mowa, to podrzucę ci dwa kolejne typ, co z Pragi przywieźć na prezenty, żeby nie zbankrutować, a obdarowani się cieszyli. Skoro dzieci mamy załatwione szkolnymi przyborami z KOH-I-NOOR to pora na coś dla dorosłych. Jest taka fajna sieć czeskich sklepów kosmetycznych, co się nazywa Manufaktura. Tanio tam nie jest, ale kosmetyki mają pierwszorzędnej jakości. Kremy, balsamy, wody toaletowe, akcesoria kąpielowe. Wybór ogromny i wszystko to, w sam raz na prezenty.  Jeśli masz jakiegoś łasucha w rodzinie, wstąp do Sklizeno. Znajdziesz tam doskonałe wyroby od małych czeskich producentów. Obłędne soki, świetne pasztety, sery. Bez polepszaczy, sporo w BIO-jakości. Spokojnie wybierzesz tam jadło, które podbije serce każdego łasucha. 

Po zakupach wróciliśmy do hotelu spakowaliśmy się i opuściliśmy pokój. Walizki ponownie poszły do przechowali na dworcu głównym, a my udaliśmy się nad Wełtawę , by pooglądać jak wygląda Praga z perspektywy rzeki. Nie, nie będzie żadnych statków. Będą… rowery wodne. Jeśli w ciepły pogodny dzień chcesz uciec nieco od zgiełku i turystów, popatrzeć na Pragę z nieco innej perspektywy. Tak przy okazji, nie wierz w to, że Praga z rzeki najładniej wygląda po zmroku – to bzdura! Pożycz rower wodny. Nie rozczarujesz się. Trudno o bardziej relaksująca rozrywkę.

Następnie odwiedziliśmy tradycyjną praską kawiarnię w Pałacu Adria. To zjedliśmy całkiem niezłe ciasta – sernik i jabłkowy strudel.

Lekko posileni deserem wsiedliśmy w metro, znowu do Dejvic na obiad. Tym razem do restauracji o wdzięcznej nazwie U Veverky. U Veverky panuje zupełnie inna atmosfera, niż w restauracji Na Rozhraní. Choć lokal mieni się restauracją, wystrojem bardziej przypomina typową czeską piwiarnię. W menu królują oczywiście tradycyjne czeskie potrawy. Zdecydowaliśmy się na wołowy gulasz i wieprzową pieczeń. Były wyborne, a rachunek rozsądny.

Ponieważ do odjazdu pociągu zostało jeszcze trochę czasu, postanowiliśmy pospacerować jeszcze trochę po centrum Pragi i przy okazji odwiedzić jeszcze jedno ciekawe miejsce na praskiej mapie gastro – Manifesto Market. 

Manifesto to gastro-miasteczko zbudowane z kontenerów, w pobliżu dworca Masaryka. Tu swoje filie otworzyły popularne praskie bistra. Jest drogo, jest hipstersko, jest fajnie i bez zadęcia. Manifesto jest miejscem, w którym bardziej się bywa niż je. Bywa przy piwie i winie. A je… kuchnię z całego świata. Na koniec wyjazdu postanowiliśmy zdradzić czeską klasykę na rzecz innych smakołyków. Zdecydowaliśmy się na doskonały hummus z falafelami oraz szarpaną wieprzowinę. Do tego piwo z browaru na Vinohradach, lokalny praski cydr i kapka wina z Morav. I fajnie było posiedzieć przy dobrym jedzeniu, wśród fajnych ludzi, słuchając niezłej muzyki. Z wielką niechęcią opuszczaliśmy ten kulinarny mikro-świat, by udać się w kierunku dworca.

Przez okno pociągu patrzyłem na oddalającą się Pragę, mając poczucie świetnie spędzonego czasu. Mimo tego, że w Pradze bywam kilkanaście razy w ciągu roku to miasto się nie nudzi. Zawsze można rozbić coś ciekawego, zawsze dzieje się tam tyle, że każdy znajdzie coś dla siebie. Bez względu na zawartość portfela i zainteresowania, w Pradze zawsze znajdziesz coś dla siebie.

Komentarze